niedziela, 19 maja 2013

In your soul

Bohaterowie:


Od autorki:
Do napisania ,,In your soul" zainspirowała mnie po części ,,Alicja z krainy czarów". Trudno jest dotrzeć do czyjejś duszy, a przecież każdy napotkany człowiek coś kocha, czegoś się boi i coś stracił. Opowiadanie ma głównie przedstawić sens ludzkiej utopii, czyli miejsca w naszej duszy, gdzie nikt inny poza nami nie może go zobaczyć. Miejsce niemożliwe i doskonałe, gdzie żyje ten, kogo nasza wyobraźnia stworzyła. Utopia to Twoja fantazja, w której jesteś władcą. 


Znów wróciłam do moich surrealistycznych snów. Kim w zasadzie dla mnie jesteś? A może raczej kim ja jestem dla ciebie? Kiedyś ,,prawdziwy ty" dla mnie byłeś tylko w moich snach. Zaczęłam bać się kiedy całkiem na serio czytałeś mi w myślach. Sądziłam, że...pozostaniesz taki tylko w moich snach. Tam mógłbyś być dla kim kim tylko bym chciała, nawet kotem czy wilkiem. Jednakże jak jest w rzeczywistości? Myślałeś o tym dość długo, chciałeś tego tak samo, jak ja. I dlatego coś się zmieniło. Jesteśmy dla siebie innymi ludźmi niż w rzeczywistości, choć w moich snach byliśmy nimi od całkiem długiego czasu. I to właśnie nie mieści mi się w głowie. 

,,Narysuj mnie. Narysuj moje życie". Słysząc te słowa wypowiedziane przeze mnie zawsze wzruszałeś ramionami i obojętnie czekałeś, aż zmienię temat. Raniłeś mnie takim zachowaniem, lecz starałam się nie ujawniać swoich prawdziwych uczuć. ,,Narysuj tak, jak sobie mnie wyobrażasz. Twoje dzieła są piękne, więc wiem, że potrafisz. Jak wygląda moje życie z twojej perspektywy? Wiesz, że jestem tego bardzo ciekawa. Tak dobrze mnie znasz, jesteś moim przyjacielem". Znów cisza. Zdawałeś się nawet nie zwracać uwagi na moje słowa. Wracając do domu zastanawiałam się w czym tkwił problem. Owszem, jesteś zamknięty w sobie i czasem trudno do ciebie dotrzeć, lecz mnie zawsze witasz z szerokim uśmiechem na twarzy, potrafimy rozmawiać bez końca. Nie wymagam wiele, liczyłam na to, że mnie zaskoczysz, ponieważ znamy się już naprawdę długo i tylko dla mnie zdołałeś się otworzyć. Gdy milczałeś doprowadzałeś mnie wewnętrznie do szału. Widziałam obojętność w twoich oczach, której wcześniej nie było. A może to tylko mylne wrażenie? Liczyłam na to, że pokażesz mi swój świat, lecz najwyraźniej jest on dla mnie niedostępny. Pogodziłam się z tą myślą. 

Pogrążając się w swoich wybujałych snach szłam przed siebie na jakimś pustkowiu. Później usiadłam na kamieniu i wpatrywałam się w zachodzące słońce. Wtem moją chwilę rozmarzenia przerwał królik, który przemknął mi przed nosem. Zaczął prowadzić mnie w kierunku lasu. W gęstym buszu dostrzegłam ciebie i zapominając o uciekającym króliku podeszłam bliżej. Poczułam ciepły dotyk twoich dłoni. Byliśmy teraz tak blisko...naprawdę blisko. Wystarczyło tylko unieść głowę...nie, nie zrobię tego. Ogarnęła mnie niepewność, a czując twoje perfumy myślałam, że zaraz oszaleję. Czy to na pewno sen? Moja głowa odmówiła mi posłuszeństwa i sama uniosła się ku górze, a ty tylko czekałeś na ten moment, gdy nasze usta będą tak blisko siebie. Zamarłam. Twoja perfekcyjna pewność siebie coraz bardziej mnie onieśmielała. To ciepłe muśnięcie ust rozpuszczało moje lodowate serce. 
- Nie uciekaj. Nawet nie masz dokąd- ostatnie zdanie wypowiedziałeś innym niż zazwyczaj tonem, przez który miałam ciarki na plecach.  Wiedziałam jedno- to był jedynie mój sen, nic do mnie nie czujesz na jawie. Chyba, że potrafisz czytać mi w myślach... Nagle znów ujrzałam w głębi lasu tego samego białego królika. A ty zniknąłeś zostawiając mnie samą. Udałam się w pościg po raz drugi, byłam już coraz bliżej, w końcu mogłam złapać ,,uciekiniera". Jeszcze tylko kilka sekund, nie chcę uciec od tego snu. Po chwili poczułam, ze unoszę się nad ziemią. Ogromna lekkość, jakże szybki upadek.

Nagle obudziłam się cała mokra, była godzina 2 w nocy. Gdy wstałam z łóżka poczułam, że ziemia pode mną zaczyna się zapadać. Wydawało mi się, jakbym właśnie spadała do studni bez dna. W końcu wylądowałam na niezbyt miękkim podłożu. Po chwili wstałam i zaczęłam rozglądać się po okolicy. Zauważyłam tego samego białego królika, który wskoczył do kapelusza nieznajomego bruneta. Ubrany był w czarny długi płaszcz przewiązany w talii granatowym pasem. 





Dookoła niego znajdowały się grzyby ogromnych rozmiarów, które świeciły się i błyszczały swoim dziwnym blaskiem. Były wyższe ode mnie, a wyglądały niesamowicie komponując się z oddalonym księżycem. Kiedy chłopak zauważył mnie poszedł wzdłuż jednej spośród wielu ścieżek. Postanowiłam podążać za nim. Chowałam się wśród turkusowych krzewów, na których rosły nieznane mi owoce przypominające po części poziomki, lecz nie będące nimi. Nieznajomy dotarł do małej chatki, która wyglądała jak wielki muchomor. Aby tam dotrzeć musiałam przedostać się przez grubą warstwę przeróżnych drzew i krzewów. W końcu dogoniłam go i niepewnie weszłam do środka. Chłopak zniknął mi z oczu, a ja znajdowałam się na korytarzu, gdzie dominował kolor czerwony. Dookoła mnie ze wszystkich stron widniały drewniane drzwiczki. Wybrałam pierwsze lepsze z nich i niepewnie poszłam przed siebie. Było to bogato zdobione pomieszczenie. W centralnym miejscu znajdowała się toaletka, a dookoła niej białe brawie całkiem przezroczyste zasłony. Po prawej stronie wielka szafa, a po lewej lustrzana ściana ozdobiona diamentami. Nagle zza gęstej warstwy zasłon wychylił się nieznajomy chłopak o platynowym kolorze włosów. Ubrany był w fioletową koszulę w kratę oraz ciemne spodnie. W tym bajkowym świecie wyglądał jak normalny człowiek. 


Widząc mnie zrobił krok w tył, a jego wargi zaczęły drżeć. 
- Człowiek...- rzekł wystraszony.
- Owszem, człowiek. Chyba się zgubiłam.
Blondyn coraz bardziej oddalał się ode mnie, aż w końcu schował się za zasłonami. 
- Spokojnie, nie jestem niebezpieczna. 
- Ale tyś człowiek!- wychylił się powoli z warstwy białych zasłon- Myślałem, że jesteś jedynie moim omamem, lecz nie! Prawdziwe dziewczę wstąpiło w moje skromne progi!- teraz nie krył ekscytacji, a jego wszelkie obawy odeszły w zapomnienie. Pełen zachwytu wskazał, abym usiadła przed toaletką, a później zaczął przyglądać się moim włosom. Dwa przednie kosmyki upiął niebieską małą kokardką z tyłu głowy. Następnie nałożył na całą powierzchnię moich włosów jakieś klarowne serum, po którym w mgnieniu oka były one poskręcane niczym spiralki z podwójnie zwiększoną objętością. Później otworzył ogromną szafę i wyciągnął z niej bogato zdobioną czarną suknię z mnóstwem falban oraz innych dodatków. Kiwnęłam przecząco głową protestując założenia jej na siebie. Wyciągnął kolejną kreację- podobną do poprzedniej z ogromnym przepychem dodatków. Widząc moją zniesmaczoną minę tym razem dał sobie spokój. Jego kokieteryjna postawa była lekko irytująca. A może odniosłam mylne wrażenie?
- Piękno zewnętrzne jest równie ważne, jak to wewnętrzne, ponieważ jedno obrazuje drugie. Lecz prawdziwe szczęście nie jest ukryte w żadnym pięknie...kiedyś się myliłem...dlatego ty nie popełniaj tego samego błędu, co ja- rzekł do mnie nieznajomy. 
Nagle prawie wszystko dookoła nas zaczęło powoli się kurczyć- ściany, meble, ozdoby. Blondyn kontynuował:
- Szczęście jest dla mnie zbyt małe, abym mógł je osiągnąć. Zwracał uwagę głównie na piękno wewnętrzne, ponieważ ono pokaże ci jacy ludzie tak naprawdę są. Ja muszę odpłacić za swoje winy, a raczej za moją kokieteryjną postawę. Ty uciekaj, póki jeszcze zdołasz przedostać się przez drzwi- powiedziawszy to wskazał mi wyjście. 
Uciekłam na korytarz. Westchnęłam obawiając się dalszego przebiegu wydarzeń i otworzyłam nieśmiało kolejne drzwi. 

Mym oczom ukazała się okrągła arena. Znajdowałam się w jej samym centrum, a przejście powrotne, które przed chwilą było za mną zniknęło. W moim kierunku zaczęła pędzić przeraźliwa bestia przypominająca po części lwa. Byłam niczym niewolnik skazany na pożarcie przez dzikie zwierzęta. Bestia o czerwonych oczach nagle momentalnie zatrzymała się w miejscu. Wtem obok mnie znalazł się nieznajomy chłopak o długich brązowych włosach oraz ciemnych oczach, ubrany w czarne szaty. Mądre i niezwykle charyzmatyczne spojrzenie, które kryło w sobie wiele zagadek. Wyglądał niczym wojownik.


Nie patrząc na mnie ani razu podszedł bliżej zwierzęcia. Ukucnął przy nim, następnie dotknął jego lwiej grzywy i pogłaskał. To był niesamowity widok. 
- Jesteś silniejszy ode mnie, lecz duszę mamy tak samo waleczną- rzekł długowłosy. 
Człowiek oraz krwiożercze zwierzę, wyglądali teraz jakby byli braćmi i mogli bez problemu się komunikować. Szatyn wstał i podszedł do mnie. 
- Zwierzę nie jest niczemu winne. Walczyć nie potrafię wobec czyjejś duszy, ponieważ duch jest nieśmiertelny. Nawet, jeśli ciało może być słabe, prawdziwa istota w nas, jaką jest dusza przetrwa wszystko. Waleczność naszej mentalności wynika z inteligencji, nie z czegoś, co szybko może przeminąć. Mając taką świadomość jestem gotów służyć ci z pomocą przez twoją dalszą tułaczkę po tym świecie. 
Jego filozoficzne podejście do odwagi wywołało u mnie zachwyt, a zarazem ja sama chciałabym być tak opanowana, jak on.
- Dziękuję za twoją troskę oraz te piękne słowa, aczkolwiek aby bardziej poznać siebie muszę teraz podążać w samotności.
Chłopak tylko przytaknął na znak, że akceptuje moją decyzję. Pojawiły się za mną mahoniowe drzwi, przez które mogłam przejść do punktu wyjściowego. 

Cóż przyniesie mi kolejne przejście? Zaczęłam obawiać się coraz bardziej, lecz wiedziałam, że muszę być silna. Odwaga nie pozwalała mi stać bezczynnie w miejscu. Chwyciłam za klamkę kolejnych drzwi. Znalazłam się w jakiejś katedrze. Zwiedzanie jej zajęło mi bardzo dużo czasu, lecz jak na złość nie znalazłam ani jednej żywej duszy. Wszystkie pomieszczenia prawie nie różniły się od siebie. Stwierdziłam, że nie ma tu nic ciekawego i zaczęłam kierować się ku wyjściu. Zauważyłam jednak, że w lewym skrzydle ogromnej katedry są zapalone świeczki. Nie byłam tam, więc postanowiłam wznowić poszukiwania. Drzwi do głównej hali zdawały się same mi otworzyć i ot zobaczyłam coś, co wzbudziło we mnie lęk. W centralnym miejscu umiejscowione było potężne koło, a do niego przywiązany łańcuchami nieznajomy człowiek. 




Ciemne włosy, czerwone oczy, usta zakryte żelazną maską z kolcami. Po chwili wrócił do mnie rozsądek, który został przyćmiony na moment przez obawy, a może raczej bezradność. Mimo wszystko podeszłam bliżej ,,więźnia". Patrzył mi teraz tak głęboko w oczy próbując odczytać jakby kod mojej duszy. Nie miałam pojęcia, co powinnam zrobić. Chłopak zaczął szarpać się z łańcuchami oraz żelaznymi przykuciami do koła. Ku mojemu zdziwieniu, nagle rozległ się huk upadającego na ziemię ciężkiego żelaza. Nieznajomy był wolny. Tylko co w tym momencie dodało mu tak dużo siły? Zaczął powoli zdejmować kolczastą maskę zakrywającą mu usta. Jego twarz była popękana, a oczy przekrwione ze zmęczenia. Zastanawiałam się nad tym wszystkim, co właśnie miało miejsce, aż po chwili poczułam na swoich dłoniach czyiś ciepły dotyk. Chłopak nieśmiało uśmiechnął się do mnie, lecz jego wzrok był nadal zmęczony oraz przepełniony trwogą. Moment później objął swoimi dłońmi moją twarz i oboje zamknęliśmy oczy. Czułam jak potrafię czytać mu w myślach tak, aby nie zostały wypowiedziane zbędne słowa. Jesteś kimś, kto czekał na człowieka z zewnątrz pozbawionego nienawiści. Byłeś w stanie znieść najgorsze cierpienie, ponieważ wiedziałeś, iż dobrowolne odejście od świata śmiertelników byłoby ucieczką od sensu prawdziwej ludzkiej egzystencji. Masz rację, cierpienie to nasza zmora i przeciwieństwo szczęścia, którego przecież tak bardzo pożądamy. Kiedy ludzie zadawali ci każde kolejne rany, ty twierdziłeś w zaparte, że każdy człowiek jest dobry mimo wszystko. To świat kształtuje nas w różnych kierunkach, lecz każdy urodził się pozbawiony tej nienawiści. Czasem mówią ,,bądź sobą", podczas gdy każą być innym. Oczekują od nas idealności, która nie istnieje. Więc w takim razie kim jest prawdziwe ja? To, kim jestem, a nie to, co ze mnie uczyniono. Chciałeś, abym uwolniła cię z tego świata... a ja musiałam odmówić patrząc ci prosto w oczy. To przykre, gdy nie jesteśmy w stanie pomóc osobom, które dużo w swoim życiu przecierpiały i muszą uporać się z tym same. Musiałam powrócić sama, takie było jedyne prawo mojej tułaczki po tym fantazyjnym świecie. Ciężko było mi rozstać się z nieznajomym. Jak bardzo gorzki jest smak bezradności... Niechętnie przeszłam do punktu wyjściowego i chwyciłam za kolejną klamkę.

Było to jakieś wyniszczone pole. Własnie zaszło słońce, a dookoła mnie jak zwykle nie było ani jednej żywej duszy. Wiatr wiał z ogromną siłą roztrzepując moje włosy i układając je na wszystkie strony świata. Z trudem podążałam przed siebie. W ten oto sposób pokonałam naprawdę dużo drogi i wydawało mi się jakbym szła tak w nieskończoność. Czas autentycznie zatrzymał się dla mnie waśnie teraz. Mogłam nawet twierdzić, że upłynęła wieczność, gdy tak naprawdę nie minęła ani jedna minuta. Idąc tak coraz wolniej przez pole oraz tracąc siły zauważyłam na horyzoncie kolejną katedrę.
- Nie mogłam się tam od razu znaleźć?- rzekłam do siebie pełna rozczarowania i poszłam w kierunku starego budynku. Gdy nareszcie udało mi się tam dotrzeć otworzyłam ciężkie skrzypiące drzwi. W środku znajdowały się ogromne witraże, gdzieniegdzie wiszące pochodnie oraz pełno tajemniczych zakamarków. Poruszając się po tych wszystkich dziwnie wyglądających pomieszczeniach zdałam sobie sprawę z tego, iż jestem w nawiedzonym budynku. Próbowałam wmówić sobie, że zmory, które widziałam na każdym kroku są wytworem mojej wyobraźni. Nie byłam przecież w realnym świecie, a wszystkie obrazy, które teraz widziałam to tylko wyimaginowana rzeczywistość. Nie znajdując nic ciekawego przeszłam na zewnątrz tylnym wyjściem. Ta część pola była natomiast doszczętnie wyniszczona. Chciałam udac się do punktu wyjściowego, lecz nie pamiętałam drogi powrotnej i zaczęłam błąkać się po martwej ziemi. Zawadziłam nogą o jakieś leżące szczątki- raz, drugi, trzeci, a później czwarty. Kiedy ocknęłam się z zamyślenia zauważyłam, że wszędzie dookoła mnie leżała padlina oraz ludzkie trupy. Ogarnął mnie lekki niepokój, lecz szłam dalej. Wtem poczułam, że coś uczepiło się mojego ramienia. Zimny pot spłynął mi po plecach, odskoczyłam jak oparzona. Wtem ujrzałam jakiegoś chłopaka o niebieskich włosach ubranego w czarny płaszcz oraz potężne buty. Wyglądał na pół żywego. 


Wyciągnął z kieszeni swojego płaszcza zegarek. Oddalałam się powoli, lecz ten rzekł nagle:
- Przed czasem nie uciekniesz, panienko.
- Przecież ty nie żyjesz...- odparłam niepewnie przyglądając się uważnie nieznajomemu z wielkim niedowierzaniem. On wzruszył ramionami.
- Widzisz mój cień, rozmawiasz ze mną, więc na jakiej podstawie możesz stwierdzić, że jestem osobą nieżywą? Teraz tak naprawdę to mało istotne. Dusza ludzka jest nieśmiertelna, a czas wobec życia nie ma znaczenia.
- Ale jak to?
- Czas to pojęcie względne. Dotyczy zarówno jednej minuty, jak i stu lat. Aby zrozumieć zasadę życia wiecznego trzeba zadać sobie pytanie czym właściwie jest czas. Jednakże nasza dusza zawsze pozostanie żywa i niezmienna, bez względu na upływające lata. Tak samo jest z uczuciami, ludzie umierają, lecz prawdziwa miłość żyje wiecznie bez względu na wszystko. Dlatego czas i śmiertelność dla każdego mogą mieć różne znaczenie.
W sumie miał rację, nigdy wcześniej o tym nie myślałam. Musimy zaakceptować to, że ludzie zostaną w naszych sercach na zawsze, nawet jeśli nie będzie ich już w naszym życiu. Nie chodzi tutaj tylko i wyłącznie o kres ludzkiej egzystencji, lecz głównie o obecność ważnych osób chociażby w moim życiu. Czasem odchodzą, ponieważ czas zabiera ich w różne zakątki świata. Często zastanawiam się co by było gdyby... lecz jaki w tym jest sens? Raczej żaden, ponieważ czasu i tak się nie cofnie. Nawet, jeśli bardzo byśmy tego chcieli. Trzeba zaakceptować to, co się już wydarzyło. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, jak istotną rolą odgrywa w naszym życiu czas, a każdy interpretuje go sobie na swój własny sposób. Po rozmowie z chłopakiem o niebieskich włosach zdołałam wydostać się przez przejście do punktu wyjściowego.

Stałam właśnie przed ostatnimi drzwiami. Bez chwili wahania otworzyłam je i przedostałam się na wybrzeże. W przeciwieństwie do poprzednich miejsc, w których byłam, tutaj otaczały mnie wręcz tłumy ludzi. Każdy przyszedł na plażę aby prawdopodobnie po prostu spędzić wolny czas. Zaniepokoiło mnie jednak to, że jak się później okazało była godzina 13:30, a nadal panował zmrok. Aczkolwiek nikomu nie przeszkadzał ten fakt i tylko ja jedyna dziwiłam się jak tak może być. Zdjęłam swoje adidasy i szłam wzdłuż brzegu morza. Idąc tak bez celu dotarłam do małej rezydencji otoczonej ze wszystkich stron różnymi ogrodami. Postanowiłam poszukać tam czegoś ciekawego. Podążałam niepewnie przez wąską dróżkę gęsto obrośniętą po bokach pnączami oraz kwiatami dzikiej róży. W końcu zauważyłam nieopodal wejście do białego pałacyku. Gdy otworzyłam drzwi nagle ujrzałam przed sobą chłopaka o czarnych włosach sięgających mu do ramion. Ubrany był w  ciemną koszulę oraz oliwkowe spodnie.
- Przestraszyłeś mnie- cofnęłam się kilka kroków w tył, a moja twarz momentalnie poczerwieniała z zawstydzenia. On jedynie uśmiechnął się i zaprosił mnie do środka. Czas spędziliśmy na balkonie, który przyozdobiony był różnymi pnączami. Mięliśmy widok na morze oraz plażę i tak rozmawialiśmy bardzo długo.
- Właściwie dlaczego o takiej porze nadal panuje zmrok?- spytałam. Brunet jakby posmutniał i przez chwilę namyślał się, co mogłoby być najlepszym wyjaśnieniem.
- Ponoć nadzieja umiera ostatnia... nadzieja na wschód słońca. Problem w tym, że jeśli na czymś za bardzo zależy, to wszystko czuje się dwa razy mocniej. Haeven, tutaj nie ma nadziei na świt. A ja żyję w ciągłej rutynie uświadamiając sobie jak wielkim byłem głupcem wierząc w lepszą przyszłość. Poddałem się i przywykłem do tego.


- Lecz w życiu istnieją rzeczy, o które warto walczyć do samego końca. Bez względu na to, pod jaką postacią ukryta byłaby twoja nadzieja. Należy walczyć o lepszą przyszłość... o wschód słońca. 
Nawet nie zauważyłam jak łzy zaczęły powoli spływać mi po policzkach. Słowa wypowiedziane przeze mnie miały sens, lecz z drugiej strony były one częściowo sprzeczne do moich przekonań. Tym samym zaprzeczyłam swoje wcześniejsze mylne twierdzenie, ponieważ dopiero teraz miałam rację i zdałam sobie z tego sprawę. Przecież tak często tracimy nadzieję na lepszą przyszłość, gdyż przedwcześnie uznajemy coś za stracone. Cały czas popełniamy ten sam błąd. Nieznajomy zaprosił mnie do uczty, a nie wypadałoby odmówić. 
- Dlaczego tak bardzo chciałbyś zobaczyć wschód słońca?
- Ponieważ jest to dla mnie symbol nadziei, którą z czasem utraciłem. Niespełnione marzenia, wielkie ambicje, to wszystko kryje się pod banalnym wschodem słońca. Gdyby kiedyś nastał świt byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na tej ziemi. Mówię to od siedmiu lat, gdy kiedyś zobaczyłem jak jest w świecie panowania słońca. Wtedy pojawiła się ta dziwna idea. To może dotyczyć każdego człowieka, wszyscy bowiem mają jakieś nadzieje w swoim życiu, mniej lub bardziej realne.

***

Wracając do przejścia powrotnego, które znajdowało się gdzieś na plaży spostrzegłam coś dziwnego. Znad horyzontu bardzo powoli zaczęło wyłaniać się słońce. Cóż za zbieg okoliczności, nieznajomy chłopak zapewne teraz widzi ten sam widok, co ja. Pomyślałam o nim i zatrzymałam się. Ten wschód słońca był taki inny niż zazwyczaj w moim świecie. Mocno czerwony, wręcz purpurowy odcień otaczał okolice, a gdy słońce wyszło znad horyzontu w pewnym momencie zatrzymało się i pozostało tak nie zmieniając położenia. Wtem pomyślałam, że mam jeszcze trochę czasu na powrót i udałam się do pałacyku ,,człowieka z nadzieją". Weszłam tam bez pukania, ponieważ chciałam zobaczyć się z nim natychmiast. Był jak zwykle na balkonie i wpatrywał się w niesamowity blask czerwieni na niebie. Oboje milczeliśmy, lecz to nam jak najbardziej wystarczyło. 
- Świt w moim świecie można zaobserwować raz na 468 lat. Czekałem na taki widok...tak długo czekałem- powiedziawszy to chłopak zamknął oczy i oparł głowę na moim ramieniu. Przestał reagować na cokolwiek...po prostu zasnął ufając mi i zostawiając świat z nadzieją na lepszą przyszłość. Po moich policzkach spłynęły kolejne łzy. Wiedziałam, że mój czas tutaj skończył się właśnie teraz, lecz chciałam pozostać przy tobie- ,,człowieku z nadzieją". Wtem uświadomiłam sobie kim jesteś, tak właśnie... tym, do którego zwracam się pisząc tę historię. Wtem i ja zasnęłam spoglądając już ostatni raz na tamten niesamowity wchód słońca, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Wyimaginowana rzeczywistość, która tkwi jedynie w naszej podświadomości, nie czułam się dobrze między realiami, a moją wyobraźnią. Są to dwie różne skrajności, jakby zupełne przeciwieństwa siebie, lecz jedno pomagało mi zrozumieć drugie. Właśnie w tym momencie musiałam opuścić swoją wyśnioną tułaczkę po świecie niemożliwym. 

***

Obudziłam się pośród turkusowych krzewów oraz przy niewielkim strumyku. Dookoła mnie znajdowały się ogromne grzyby, które świeciły się i błyszczały swoim dziwnym blaskiem...chwila, znam to miejsce! To tutaj trafiłam gdy spadłam z łóżka i to tutaj zobaczyłam tajemniczego chłopaka w kapeluszu, który zaprowadził mnie do chatki. Był on również tym razem. Siedział na skale i przygrywał cichutko na skrzypcach, a za nim wznosił się gdzieś w oddali księżyc. Gdy zauważył, że otworzyłam oczy skończył grać i podszedł bliżej. Zdjął swój kapelusz, z którego wyskoczył królik, a po czym zaczął patrzeć mi prosto w oczy. To byłeś ty, znów osoba, do której zwracam się w tej historii.
- JaeJoong- odparłam nieśmiało. 
Nic nie odpowiedziałeś, jedynie westchnąłeś. Wiedziałam, że ukrywałeś jakieś emocje. Po chwili jednak przerwałeś nasze milczenie:
- Nie poznałaś mnie... a to ja byłem wszystkimi pięcioma osobami, które towarzyszyły ci podczas twojej wędrówki. Każdy nieznajomy posiadał jakąś historię, która była powiązana z moim, jak i z twoim życiem. Blondyn posiadał jedynie szczęście materialne, czyli coś, co jest zbyt małe aby je osiągnąć. Szczęście materialne mentalne jest ważniejsze ponad wszystko, lecz niektórzy zastępują je sobie czymś, co może być łatwo dostępne. Uczyłem się na własnych błędach, a kiedyś pojęcie prawdziwej radości zostało przyćmione przez dobra materialne. Później zacząłem rozumieć, że nie na tym polega sens mojego życia. Przekonałem się na jakiej zasadzie mogę być osobą waleczną. Będąc człowiekiem o długich włosach doszedłem do wniosku, że najsilniejsza jest nasza inteligencja, nawet, jeśli ciało byłoby słabe. Później nadeszło cierpienie, mimo to wiedziałem, że nigdy się nie poddam. Z drugiej strony odczułem bezradność gdy nie mogłem pomóc innym przetrwać ten gorzki smak cierpienia. Nie wiem, co bardziej mnie bolało- bezradność czy wyrządzone mi krzywdy. Następnie życie pokazało mi czym jest czas. Dla każdego oznacza coś innego. Poza tym dochodzi kwestia ludzkiej śmiertelności, gdzie dusza będzie żyć nadal bez względu na czas. To jedynie rzeczy przyziemne takie jak ciało odchodzą w zapomnienie. Nauczyłem się również, że nadzieja nadaje sens naszemu życiu. Zawiedzie nas zapewne nie raz, lecz jest potrzebna aby wierzyć w siłę swoich oczekiwań względem naszej przyszłości. Później poznałem dziewczynę imieniem Haeven... ale ty mnie nie poznałaś. Znalazłaś mnie dopiero w ,,człowieku z nadzieją". Często pytałaś się czy narysuję twój świat z mojej perspektywy, ale nie potrafiłem przedstawić tego w takiej postaci. To, co widzisz teraz obrazuje wszystko, czego narysować nie byłem w stanie. Według mnie jesteś jedyną osobą, która zna moją duszę aż za dobrze. Twój świat to surrealistyczny sen, do którego wracasz bardzo chętnie, aby twoje prawdzie życie nie stało się koszmarem. 
,,Liczyłam na to, ze pokażesz mi swój świat, lecz najwyraźniej jest on dla mnie niedostępny."
- Przedstawiłem ci swoją duszę, a ty mnie nie poznałaś.
- Zawiodłeś się na mnie. Oczekiwałam od ciebie czegoś wielkiego, lecz nie spodziewałam się, że twój świat będzie tak daleki od mojego. Więc czy znam cię dobrze? Czy to ma sens?
Spuściłam głowę w dół i zaczęłam się powoli oddalać. Nagle złapałeś mnie mocno za nadgarstek, a następnie przyciągnąłeś do siebie. Poczułam się nieswojo. Słyszałam jak cicho szepczesz mi do ucha moje imię, ale nadal nie reagowałam.
- Haeven... a kim ja jestem dla ciebie?
- Uzależniłam się- rzekłam prawie niedosłyszalnie, chociaż ty zdawałeś się mnie zrozumieć. W tej chwili potrafiłam wyczytać z twoich myśli wszystko- zwątpienie, strach, zdezorientowanie.  Nie zdołałam wydobyć z siebie już ani jednego słowa. Przecież znałam cię tak dobrze... coś przyćmiło moją uwagę gdy znajdowałam się pomiędzy pięcioma różnymi światami. A nieśmiałość sparaliżowała mnie do tego stopnia, gdzie nie potrafię wyrazić swoich prawdziwych uczuć, które tłumię już tak długo. Zdajesz się być uwięziony w moich pełnych nadziei snach. 
-  Co jest w tobie aż tak mocnego, że wywarło we mnie tyle uczuć? Kim jesteś, jeśli nie można o tobie przestać myśleć? Ja również zostałem zatruty uzależnieniem od ciebie. Jeżeli rozumiemy się bez słów... proszę, niech ta chwila trwa wiecznie.
Dla mnie czas zatrzymał się właśnie teraz. Czy żyłam realiami? To było mało istotne, wierzyłam, że nie pozostaniesz taki tylko w moich snach. 


Gdy krople deszczu obmyły nasze twarze...

Powoli zamykałam oczy...
A deszcz nadal padał...
Jeśli jutro nie wyjdzie słońce...
Jeśli jutro ziemia nie obudzi się do życia...
Jeśli jutro nie wybudzę się ze snu...
...Bądź przy mnie.
A gdyby jutra nie było...
...Nadal będziemy tańczyć wśród kropel deszczu.
Właśnie tak, jak teraz.
Nadal będziemy czuć ciepło naszych ust...
Nadal będziemy żyć w mojej duszy.


Koniec

9 komentarzy:

  1. AAA mój Boy:)!! NIC więcej mi nie potrzeba :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Kompletnie mnie zatkało. W języku polskim chyba nie ma takiego słowa żeby powiedzieć jakie to jest świetne.
    ~~~Arrakis

    OdpowiedzUsuń
  3. nominowałam cię:http://k-poplifestories.blogspot.com/

    Liebster Award

    OdpowiedzUsuń